Gorące tematy: Ryszard Opara: „AMEN” Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
1911 postów 27 komentarzy

Wróg ustroju

Leszek Szymowski - Niezależny dziennikarz śledczy. A poza tym osoba najbardziej znienawidzona przez polityczną poprawność: katolik, biały, mężczyzna, heteroseksualny, kierowca, przedsiębiorca. leszek.szymowski@gmail.com

Od dziś PO zaczyna kraść na jeszcze większą skalę

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Bałagan wynikający z ustawy śmieciowej ma odwrócić uwagę społeczeństwa od wchodzącej w życie dziś ustawy o refundacji in vitro. Dzięki tej ustawie PO i jej kolesie nakradną się tak, jak jeszcze nigdy w historii.

10 000 złotych – to najniższa, podstawowa cena zabiegu „in vitro”oferowana przez popularną, warszawską klinikę leczenia niepłodności. Do tej kwoty doliczyć trzeba bardzo drogą i długotrwałą terapię hormonalną, oraz serię badań i konsultacji. Łącznie cała procedura sztucznego zapłodnienia kosztować może ponad 35 tysięcy złotych. Dla „przeciętnej polskiej rodziny” jest to wydatek niemożliwy do zaakceptowania, stąd w rządowych kręgach pojawił się pomysł, aby zabiegi „in vitro”finansowane były przez państwo. 5 listopada 2010 roku, na specjalnie zwołanej konferencji prasowej ówczesna minister zdrowia Ewa Kopacz, ogłaszając początek prac nad ustawą, powiedziała: „Szacujemy, że po wprowadzeniu nowej ustawy rocznie wykonywać się będzie w Polsce około 10 tysięcy osób”. Zaznaczyła przy tym, że „oczywiście mamy świadomość, że na zabieg zdecydują się tylko ci, którym pozwoli na to światopogląd”.Pytana przez dziennikarzy, Ewa Kopacz oznajmiła, że pracownicy resortu policzyli koszty finansowania przez państwo in vitro.Mają one wynieść rocznie 91-375 milionów złotych w zależności od rodzaju terapii hormonalnej stosowanej przez kobietę. Wobec wątpliwości części posłów PO i sprzeciwu większości opozycji, nie udało się uchwalić tej ustawy. Dlatego w październiku 2012 roku Donald Tusk zdecydował o uruchomieniu w Ministerstwie Zdrowia specjalnego programu finansowania zabiegów in vitro.

Spośród 10 tysięcy kobiet chętnych na posiadanie „dziecka z próbówki”, z których teraz niewielka część ma pieniądze na zabieg, już w przyszłym roku każda będzie mogła zgłosić się do kliniki. Za całą terapię hormonalną i zabieg in vitro zapłaci jej państwo. Państwo czyli podatnik. „Witraże” (tak nazywa się czasem właścicieli klinik przeprowadzających zabiegi invitro) w całej Polsce będą więc mieli do zagospodarowania ponad 300 milionów złotych. Spodziewać się należy, że te wydatki bardzo szybko wzrosną. Już teraz bowiem w zagranicznych ośrodkach badawczych prowadzi się badania naukowe „udoskonalające” metodę sztucznego zapłodnienia. Z badań tych wynika, że potrzebna jest bardziej skuteczna i bardziej długotrwała terapia hormonalna – czyli dodatkowe koszty. Wzrosnąć może też cena samego zabiegu in vitro.Skoro za zabieg płacić będzie państwo, kliniki będą zainteresowane tym, aby ceny były jak najwyższe. Trzeba więc brać po uwagę, że już w najbliższych latach procedura in vitro zostanie wydłużona o np. dodatkowe terapie hormonalne, a to z kolei drastycznie podwyższy cenę. Całe sztuczne zapłodnienie obejmujące terapie, sam zabieg, badania, konsultacje itp. może więc wynieść nawet 100 tysięcy złotych. Czyli polskiego podatnika okraść trzeba będzie już nie z 375 milionów, a z miliarda złotych. A i na tym wydatki się pewnie nie skończą.

Na wspomnianej konferencji prasowej 5 listopada, Ewa Kopacz przyznała, że z jej szacunków wynika, iż „w Polsce z powodu braku potomstwa cierpi milion par”.W październiku 2012 roku, Donald Tusk mówił już dziennikarzom o 1,3 miliona par. Jeśli przyjąć optymistycznie, że 90 proc. Polaków to katolicy, oznacza to, że pozostałym 10 procentom wyznawany światopogląd pozwoli podjąć decyzję o zapłodnieniu in vitro.10 procent z 1,3 miliona to 130 tysięcy par, a więc potencjalne 130 tysięcy zabiegów. Przy dzisiejszych cenach daje to więc 4,87 miliarda, a przy cenach zakładanych – około 13 miliardów w skali 10 lat czyli 1,3 miliarda rocznie. Ale to jeszcze nie wszystko. Z danych WHO – Światowej Organizacji Zdrowia – wynika, że tylko w połowie przypadków zabieg in vitro kończy się powodzeniem. W pozostałych 50 procentach przypadków, albo nie udaje się skutecznie wszczepić zarodka, albo kobiecie nie udaje się donosić ciąży. Taki rozwój sytuacji to dla kliniki powód, aby procedurę zapłodnienia in vitro rozpocząć od nowa. I wystawić polskiemu podatnikowi drugi rachunek za zabieg. I tak kwotę 1,3 miliarda złotych rocznie trzeba będzie podwoić.

Odpowiadając na pytania dziennikarzy, zarówno Ewa Kopacz, jak i Donald Tusk mówili o „parach”, które nie mogą mieć dzieci. W październiku 2012 Donald Tusk obiecywał, że na refundację zabiegu invitro nie będzie miało wpływu to czy kobieta jest zamężna czy nie. To z kolei potencjalnymi klientami klinik oferujących in vitro czyni „singielki” czyli kobiety samotne z wyboru, nie zakładające rodzin. Wystarczy, że w całej Polsce rocznie na zabieg zdecyduje się tysiąc samotnych kobiet. Podatnik jest obciążony na kolejne dziesięć milionów. To oczywiście niewielka strata w porównaniu do moralnych skutków tego przedsięwzięcia. Powstanie bowiem nowa warstwa społeczna – „singielki” wychowujące samotnie dzieci poczęte wskutek in vitro. Dzieci, których krzywda będzie polegać na tym, że nie będą miały szansy doznać miłości ojca i wychować się w pełnej rodzinie.

Trudno też sobie wyobrazić, aby „polityczna poprawność” pozostała obojętna wobec faktu, iż na zabieg in vitro mogą sobie pozwolić tylko pary lub małżeństwa, a nie tzw. „związki gejowskie”. Może to więc doprowadzić do sytuacji, kiedy państwo zacznie finansować zabiegi sztucznego zapłodnienia dla kobiet, które urodzone dzieci będą oddawać na wychowanie parom homoseksualistów. Wszelką zaś krytykę tłumić będą „niezawisłe” sądy. Taki scenariusz – choć może brzmieć śmiesznie – nie wydaje się mało realny.

Samo refundowanie zabiegów in vitro to tylko część wydatków. Jako przeszkodę w staraniach o in vitro ówczesna minister Kopacz podała „kwestie światopoglądowe”. To oznacza, że dla „witrażystów” wyzwaniem staje się konieczność uświadomienia społeczeństwa w tej kwestii. A to oznacza, że trzeba będzie przeprowadzić i sfinansować (z pieniędzy podatnika) kampanie społeczną zachęcającą do poddania się zabiegowi in vitro.Środki na „uświadamianie” każdego społeczeństwa „demokratyczna” Europa zna dwa. Pierwszy to „badania naukowe” prowadzone pod konkretną tezę i mogące każdą tezę udowodnić lub obalić według życzeń klienta. „Naukowo” „udowodniono” że w związkach, homoseksualnych dzieci doznają więcej miłości niż w małżeństwach. „Udowodniono” również iż wzrost podatków nie przekłada się na wzrost cen detalicznych. Można więc bez problemu „udowodnić”, że in vitro to metoda równie skuteczna, co poczęcie drogą naturalną. Trzeba więc będzie wyniki tych „badań naukowych” utrwalać w głowach dzieci od pierwszych lat szkoły podstawowej w ramach tzw. „wychowania seksualnego”. I wtedy trzeba będzie sięgnąć po sposób drugi: kampanie społeczne. Nie należy się dziwić, jeśli za kilka lat oglądać będziemy banery reklamowe lub billboardy zachęcające do poddawania się zabiegom in vitro – zabiegom oczywiście „darmowym” i „bezpłatnym” – czyli finansowanym przez podatnika. W Polsce kampanie społeczne to doskonały pretekst, by zdefraudować dziesiątki milionów złotych. Dla przykładu: kampania „nie prowadzę po alkoholu” kosztowała ponad 7 milionów złotych i niczego nie przyniosła (pijanych kierowców jest coraz więcej, a nie coraz mniej), a kampania „kocham, nie biję” – ponad 10 milionów złotych i wcale nie zmniejszyła zjawiska przemocy domowej. Skutku też nie ma żadnego poza uszczupleniem budżetu. Tak samo będzie z kampanią społeczną popierającą in vitro. Tym bardziej, że to doskonała okazja, aby dać zarobić firmom związanym z krewnymi polityków. Łapówki, które za zorganizowanie tej kampanii zapłacą urzędnikom ministerstwa zdrowia dyrygenci „vitrobiznesu” będą nieznacznym ułamkiem promila ich zysków z zabiegów.

Refundacja zabiegów in vitro stworzy jeszcze jeden problem. W polskiej służbie zdrowia tajemnicą poliszynela jest wystawianie „lewych” zwolnień lekarskich i fałszywych recept. Coraz bardziej powszechną praktyką jest też wyłudzanie refundacji za zabiegi, które w rzeczywistości nie były przeprowadzane (najsłynniejsze takie sprawy – zakończone w sądach – miały miejsce w Krakowie, Rzeszowie i Poznaniu). Przepis pozwalający na finansowanie in vitro stwarza monstrualne pole do nadużyć, jeśli weźmie się pod uwagę koszty zabiegów. Wywoła bowiem pokusę poddania się lub przeprowadzenia zabiegu in vitro jedynie na papierze. Lekarz sporządzi dokumentację medyczną dla NFZ, pacjentka się pod nią podpisze, na zabieg nie przyjdzie, ale wniosek o „refundację” będzie można złożyć. I kilkadziesiąt tysięcy złotych z publicznych pieniędzy można podzielić pomiędzy wszystkich zaangażowanych w proceder. Co spowoduje, że liczba „papierowych” zabiegów in vitro bardzo szybko wzrośnie, a tym samym pojawi się konieczność dalszego opodatkowywania Polaków.

Program refundacji zabiegów in vitro zakłada możliwość przeprowadzania ich w szpitalach publicznych. To z kolei otwiera drogę do sporów sądowych o monstrualne odszkodowania. Pacjentka może bowiem poskarżyć się już nie tylko na złe warunki pobytu w szpitalu, ale także na nieskuteczność zabiegu. Wystarczy, że nie donosi ciąży będącej konsekwencją sztucznego zapłodnienia lub dojdzie do wniosku, że dziecko urodziło się nie takie, jakiego oczekiwała. Zgodnie z obowiązującymi przepisami kodeksu cywilnego, będzie mogła wnieść pozew przeciwko Skarbowi Państwa i wygrać gigantyczne odszkodowanie. Zapłaci je oczywiście polski podatnik. Wszystko wskazuje więc na to, że przepisy o refundacji in vitro nie tylko spowodują w społeczeństwie ogromne straty moralne, ale też wywołają finansową „aferę tysiąclecia”, która zdeklasuje wszystkie znane dotychczas afery korupcyjne. "By żyło się lepiej."

1 lipca 2013 to data, która przejdzie do historii nie tylko jako poczatek naszych problemów "śmieciowych". To także data początkująca rozdział jeszcze większej kradzieży.

KOMENTARZE

  • To jest skurwysyństwo
    To jest największe skurwysyństwo w historii.
    Pary które mogą mieć dzieci fizycznie, ale nie mogą sobie na nie pozwolić bo zarabiają mało albo boją się o przyszłość mają dopłacać z podatków albo finansować kolejne kredyty parom , które naturalnie nie mogą mieć dzieci ale finanswowo mogą (albo myślą że mogą )- bo chcą je mieć - na zabiegi sztucznego zapłodnienia!!!!
    To jest absurd. To nie lepiej wspomagać to co jest dane naturalnie , tylko wspomóc takie rodziny ?
    Dlaczego wszyscy inni mają się składać na poprawianie Boga ?? Jeśli taka para naprawdę nie może a chce mieć dzieci to niech sama sobie uskłada te 35 tys albo zaadoptuje dziecko ... Ale co z adopcji to złe dziecko???
    Jeśli jesteście przeciwko temu złodziejstwu wejdzcie na stronę
    https://www.facebook.com/pages/Nie-dla-in-VITRO-z-Naszych-Podatków/323241587778867 i polubcie
  • A w Pomorskiem likwidują poradnie specjalistyczne
    Szefowa Pomorskiego NFZ likwiduje ok. 300 poradni specjalistycznych, na nic protesty środowiska lekarzy, pacjentów łącznie z prezydentami Trójmiasta. Ciekawe ile przeznaczą w Wybrzeżu na in vitro choć to nie jest leczenie a jak autor napisał nabijanie kabzy pewnemu lobby.

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
     12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31